Załóżmy, że posiadacie zasadę moralną taką, jaką i ja posiadam -choćby tyle i tylko tyle to miało znaczyć, że jest ona naszą zasadą a nie jakimś obiektywnym prawem moralnym. Konkretnie: „wszyscy ludzie są równi”, w tym „kobiety i mężczyźni są równi”. Mowa o zasadzie moralnej, a więc równi pod względem praw i obowiązków. Z tej perspektywy zastanówmy się nad tematem tego artykułu. [ Dodam, że powstał on dla zainicjowania działu społecznego w „Głośnej Krytyce” (założonym przez studentów, choć nie studenckim a komercyjnym, piśmie filozoficznym) po zmianie jej profilu z filozoficzno-literackiego na filozoficzno-społeczno-literacki, a jego temat inspirowany był niedawnym dniem kobiet (artykuł pisany był w lutym 2005 r.).]

Przepisy naszego kraju zabraniają odmiennego traktowania różnych grup, w tym kobiet i mężczyzn, ze względu na przypisywane im odmienne cechy. W Konstytucji RP w rozdz. II zatytułowanym „Wolności, prawa i obowiązki człowieka i obywatela” w art. 32 czytamy „Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne” a w art. 33 już szczegółowo na temat interesującej nas kwestii „Kobieta i mężczyzna w Rzeczpospolitej Polskiej mają równe prawa w życiu rodzinnym, politycznym, społecznym i gospodarczym”. Teraz przydałby się jeszcze jakiś artykuł nakazujący przestrzegania tych dwóch, i przy okazji wszystkich pozostałych. Jak wiadomo w codziennej rzeczywistości mają miejsce fakty nie zgodne z treścią tych dwóch artykułów, co więcej dokonują się one nie jako łamiące tę treść lecz jako z nią zgodne. Istnieje na przykład zakaz rozpoczynania studiów doktoranckich dla osób posiadających więcej niż trzydzieści pięć lat oraz sprawowania funkcji senatora dla osób poniżej trzydziestego roku życia[1]. Obowiązuje również lista zawodów zakazanych ze względów zdrowotnych do wykonywania dla kobiet oraz wyższe wymagania dla kandydatów na policjantów dla mężczyzn. Otóż istnieje prosty zabieg pozwalający tego uniknąć: wystrzeganie się używania przy określaniu jakichkolwiek przepisów słów oznaczających grupy mające być równo traktowanymi, w naszym wypadku „kobieta”, „mężczyzna”, i stosowanie wyrazu „człowiek” zamiast nich. Tu pojawia się jednak trudność bardziej fundamentalna. Bo polskie przepisy jak również ten zabieg dotyczą tylko dyskryminacji –a ta zachodzi nie ze względu na cechy wynikające z definicji członków grup, jako tych członków, a ze względu na cechy im przypisywane, jako ich członkom (murzyni z definicji są czarni; jeżeli nie lubię tego koloru i z tego powodu również murzynów, to żaden ze mnie rasista; ale gdybym uważał, że wszystko, co czarne, cuchnie i z tego powodu ich nie lubię, to byłby to rasizm)- i z natury rzeczy tylko jej dotyczyć mogą. Natomiast różne grupy ludzi w tym kobiety i mężczyźni nadal posiadałyby swoje cechy specyficzne, które różnicowałyby zachowania wobec nich. Co więcej każdy przepis tych cech dotyczący, nawet wydany dla ogółu ludzi (niezależnie od tego czy byłby obowiązkiem czy przywilejem) i tak byłby dla kogoś dyskryminujący. Przepis dotyczący penisa przyznający dopłaty do środków wspomagających jego funkcjonowanie będzie dyskryminować kobiety, zakazujący pokazywania go w mediach we wzwodzie mężczyzn. Skazani więc jesteśmy nie tylko na nierówne traktowanie i brak ochrony przed nim ze strony państwa ale jeszcze na takie traktowanie również przez nie.
Kiedy mówimy o normach takich, jak dwie wcześniej wymienione, nie zapominajmy, że normy prawne nie są jedynymi. Tutaj od razu przychodzą na myśl normy religijne, które w tym wypadku grają ogromną rolę, ale oprócz nich istnieją jeszcze normy społeczne oraz zwyczaje i obyczaje. Dotyczy to zarówno moich powyższych rozważań jak i poniższych. Tę mnogość norm dostrzegają feministki, więc miejmy ją na uwadze.
Zacznijmy od tego czym wydaje mi się, że jest feminizm. Upraszczając, jest to ruch walczący o równe prawa dla kobiet. Oczywiście jest to pewne zafałszowanie, bo przecież nie w takim sensie równe, w jakim równe mają dwaj więźniowie Guantanamo, z których każdy ma jednakowe prawo do metra kwadratowego klatki. W takim wypadku zajmowałyby się likwidacją wszelkich innych podziałów między kobietami występujących również w reszcie społeczeństwa tylko nie podziałem ze względu na płeć. Oczywiście feminizm walczy o równe prawa kobiet ale w stosunku do czegoś. Do praw mężczyzn. Opiera się więc na bardzo prostej relacji. Jedną z jej podstawowych cech jest symetria, o czym feministki powinny wiedzieć, jeżeli ludzie nie różnią się inteligencją ze względu na płeć. Więc jeżeli feministki walczą o równe prawa kobiet w stosunku do mężczyzn, jednocześnie walczą o równe prawa mężczyzn w stosunku do kobiet. Czyli, prościej, o równe prawa kobiet i mężczyzn. A jak sobie z tym radzą?
Zaczynając od najsłabszych i najbardziej oklepanych przykładów dyskryminacji, kobiety przepuszcza się w drzwiach, ustępuje się im miejsca, pomaga przy noszeniu ciężkich rzeczy, co jest kwestią kultury, tak często zauważanej w argumentacji . Ale nie tylko fizyczne ułatwienia są od niej zależne. Jej następstwem jest również wiele prestiżowych przywilejów takich jak otrzymywanie kwiatów i pocałunków w rękę. Z niej wynikają również „fory” będące połączeniem dwóch poprzednich. Przyjęło się, że to chłopak lub mężczyzna zaprasza dziewczynę lub kobietę na randki czy rocznice i za nią płaci[2].
Oczywiście ma z czego, przecież zajmuje więcej kierowniczych stanowisk niż kobieta a na równorzędnych zarabia o jedną trzecią więcej niż ona. I być może dlatego feminizm sytuuje się po lewej stronie sceny politycznej, bo zgodnie z zasadami wolnego rynku, na których od szesnastu lat opiera się nasza gospodarka, firmy dyskryminujące kogokolwiek powinny już dawno poupadać z powodu relatywnie mniejszej niż w tolerancyjniejszych przedsiębiorstwach ilości dobrych, wykwalifikowanych i kompetentnych, pracowników. Podobnie powinno stać się u władzy. Bo kto broni kobietom stworzenia SLD Kobiet, SDPL Kobiet, PO Kobiet, PiS Kobiet oraz o zgrozo LPR Kobiet, z takimi samymi programami jak przekalkowane partie, i odebrania im połowy głosów, skoro każda partia otrzymuje na kampanię wyborczą taki sam czas w mediach[3]. A wtedy i pieniędzy dostałyby tyle samo i nie podupadłyby na skutek lepszej sytuacji finansowej mężczyzn.
Feministkom nie przemknęło nawet przez myśl, że lepsza sytuacja ekonomiczna i wyższe stanowiska polityczne są kwestią tak często stwierdzanych przez nie wpływów kulturowych. Już od maleńkości chłopcy i dziewczynki uczeni są czego innego. Przyszli mężczyźni uczeni są sprytu i rywalizacji, ambicji i wytrwałości oraz hamowania uczuć, a przyszłe kobiety porozumiewania się i szukania kompromisu, pielęgnowania tego, co już wypracowane, oraz wrażliwości. W ten sposób mężczyźni i kobiety niezależnie od tego, jak mają się do siebie ich wrodzone zdolności, nabywają w dzieciństwie inne kompetencje, którymi potem różnią się w dorosłym życiu. To one sprawiają, że mężczyźni zdobywają więcej środków materialnych i pozycji politycznych niż kobiety. Jednak oprócz profitów, które przynoszą, idą za nimi straty wartości, które przynoszą kompetencje nabywane przez kobiety. Są nimi lepsze więzi uczuciowe i relacje społeczne, mniej lęków i obaw o przyszłość oraz możliwość swobodnego wyrażanie uczuć. Ich wynikiem jest większe szczęście osobiste i społeczne, lepsze zdrowie fizyczne i psychiczne oraz dłuższe życie. Od lat statystyki ze wszystkich miejsc świata informują o przytłaczającej ilościowej przewadze mężczyzn nad kobietami wśród samobójców. Mężczyźni stanowią około 80% z nich. Żyją też prawie 10 lat krócej niż kobiety. Bezsensowną zdaje się w takim wypadku kwestia promowania profilaktyki zdrowotnej wśród kobiet zwłaszcza nadmierny szum wokół badań cytologicznych, gdyż czas i pieniądze należy przeznaczać na najbardziej zagrożonych chorobami. A walka o wyższe emerytury dla kobiet toczona w celu uczynienia ich sprawiedliwszymi po reformie, w myśl której zależą one od stażu pracy, wydaje się być aż kpiną, podczas gdy mężczyźni żyją 9 lat krócej niż kobiety, a wiek emerytalny osiągają pięć lat później niż one, na trzy lata przed zejściem statystycznego z nich.
Może jednak choć część winy za gorszą sytuację kobiet na rynku pracy da się zwalić na niesprawiedliwe traktowanie. Jak wiadomo kobietę już u początków jej kariery czeka dłuższa przerwa w pracy, dokładniej urlop macierzyński. To stawia ją w gorszej sytuacji przy poszukiwaniu pracy, staraniach o awans i wysoką pensję. A należy się jej szansa znalezienia pracy, uzyskania awansu i dużej pensji taka sama, jaką ma mężczyzna i do tego urlop macierzyński oraz wychowawczy a w razie rozwodu opieka nad dzieckiem, których on nie ma. W przypadku rozwodu sąd –a jest więcej sędzin niż sędziów- w 75% przypadków opiekę nad dzieckiem przyznaje matce, w 22 % obojgu rodzicom –co nie oznacza, że nie ma głównego opiekuna, którym najczęściej jest matka- a w 3% ojcu. Dzieje się to wtedy, kiedy matka siedzi w więzieniu lub zostanie wykazane, że jest alkoholiczką bądź narkomanką. A ojcowie jeszcze nie chcą płacić alimentów! Posiadanie i wychowywanie dzieci jest najważniejszą obiektywną w dodatku empirycznie wykazaną wartością, więc dyskryminacja w tym obszarze jest szczególnie dotkliwa. Na szczęście proponowane przez feministki rozwiązanie problemu gorszej sytuacji kobiet na rynku pracy, konkretnie wprowadzenie urlopów opiekuńczych i wychowawczych dla mężczyzn, którego jestem wielkim zwolennikiem, rozwiązuje jednocześnie problem nierównych możliwości wychowywania dzieci, choć tylko w małżeństwie.
Co jednak z wyjaśnieniem gorszej sytuacji kobiet na rynku pracy przez dotyczący jedynie ich przymus sprawowania opieki nad dziećmi. Związek taki na pewno występuje, jednak nie jest on decydujący, bo nie występuje jako jedyny. Niweluje go inny związek, bo co powiedzieć o obowiązku powszechnej służby wojskowej, a przy takiej redukcji winę za różnice zarówno w sytuacji ekonomicznej jak również politycznej kobiet i mężczyzn ponoszą właśnie wspomniane wyżej wpływy kulturowe.
A oprócz czasowego wyłączenia się z rynku pracy branka zmusza również do wielu nieprzyjemności, które są kolejnym przykładem w dodatku już w tym przypadku prawnie usankcjonowanej dyskryminacji mężczyzn.
Przez armie, do których prowadzone są te zaciągi, prowadzone są wojny. A według oklepanego poglądu za wojny odpowiedzialni są mężczyźni. Jak wiadomo wojny zaczynają się, kiedy do kupy zbierze się paru wulgarnych, szowinistycznych i brutalnych facetów, i zastanawiając się, co robić, jeden powie: „Ja bym sobie walnoł jeszcze parę browarów”, drugi zaproponuje: „A może chodźmy coś zadupczyć”, na co trzeci rzuci: „A ja bym rozwalił paru żółtków”. I nikt nie zwróci uwagi na to, że wojen nie prowadzą agresywni ludzie ani nawet żołnierze tylko państwa, narody i plemiona, ewentualnie partyzanci, ale z jakimś zapleczem w społeczeństwie. Szczególnie w demokracji każdy obywatel odpowiada za działania swojego kraju, zwłaszcza ten, który określone działanie bądź polityka to działanie wywołującego popiera, ale też każdy inny, bo godzi się podporządkować głosowi większości i legitymować polityka wybranego przez tą większość oraz jego działania nawet, jeżeli ten polityk nie jest wybrany jego głosami. Niezależnie od ustroju państwa za jego działania obywatele są odpowiedzialni w takim sensie, w jakim przyczyna jest odpowiedzialna za skutek, ponieważ działania te prowadzone są zawsze w imię obywateli i zawsze obywatele na nich korzystają. Nawet dyktatorzy rządzą dla ludu i z korzyścią dla niego, a jeżeli są tyranami, to nie dlatego, że celowo gnębią ludzi, lecz dlatego, że ich wyzyskują. Metaforycznie dyktatorzy i rządzeni żyją w symbiozie, a o ile dyktatorzy są również tyranami, to nie dlatego, że są drapieżnikami, lecz pasożytami; bo żaden władca złośliwie nie szkodzi swoim własnym włościom, a wręcz przeciwnie, dba o swoje dobra. O ile za swoją pomyślność stanowiącą cel działań państwa obywatele mogą nie odpowiadać a korzystanie ze skutków tych działań nie obciąża ich całkowicie, to czyni to pomoc w tych działaniach, które prowadzi się, korzystając z wszelkiego zaplecza ekonomicznego, społecznego, obyczajowego i religijnego społeczeństwa. Jeżeli więc ktoś chciałby nie brać na siebie odpowiedzialności za te działania lub jej zapobiec, powinien „nie zgłaszać akcesu” do państwa lub zrezygnować z członkostwa w nim, czyli legitymowania go jako działającego w jego imieniu. Zrezygnować z czerpania korzyści z uczestnictwa w nim i pomocy w jego działalności, narażając się na wszelkie represje tym spowodowane. A ponieważ jest w stanie to zrobić, ryzykując te prześladowania, więc o swoich czynach decyduje, a zatem za działania państwa jest odpowiedzialny jako przyczyna nie bierna lecz czynna.
W tym wojny prowadzone są dla wzmocnienia państwa stanowionego przez obywateli, a oni na nich zyskują, kiedy są przez nie bronieni, wtedy bezspornie, oraz kiedy z wszczynanych agresji płyną do nich profity. I to oni umożliwiają prowadzenie ich, czyniąc to wszystko świadomie. A zatem za działania zbrojne odpowiedzialni są nie mężczyźni lecz wszyscy obywatele.[4]
Co więcej mężczyźni nie tylko nie są za nie odpowiedzialni, lecz właśnie oni najwięcej na nich tracą. Na wojnach w przeważającej większości giną i ginęli właśnie mężczyźni. A odmienne wrażenie spowodowane jest tym, że mimo iż właśnie oni najbardziej na wojnach cierpią, to uwagę zwraca się głównie na cywili (zakładając przy tym, że zabójstwo żołnierza jest usprawiedliwione a jego życie mniej wartościowe) a spośród cywili na dzieci i kobiety. W tym kontekście śmieszyć może cały raban wokół dyskryminacji kobiet w Afganistanie, bo czego w tak nisko rozwiniętym kraju mogłaby ona dotyczyć. Może właśnie dlatego główną uwagę zwracano na czador, pomijając to, że jest on wyrazem tradycji a nie narzędziem tortur, oraz to, że jest symbolem statusu. Tymczasem nikt nie zauważył ciężkiego losu mężczyzn w kraju w którym od 27 lat toczyła się wojna. W momencie pokonania Talibów mężczyźni stanowili w tym kraju 35% populacji, więc kobiety 65%. Skoro w krajach nisko rozwiniętych istnieje równowaga płci, zatem przy założeniu, że w wyniku wojny nie zginęła żadna kobieta, musiałaby zginąć prawie połowa mężczyzn. Gdyby policzyć również zabite kobiety, musiałaby zginąć dodatkowo jeszcze dwa razy większa ilość mężczyzn niż tych kobiet. Czy opłacało się być mężczyzną i za cenę takiego ryzyka korzystać z takich przywilejów, jak możliwość chodzenia do nieistniejących w tym kraju teatrów i kin.
Dalszymi przykładami dyskryminacji mężczyzn jest stosowanie wobec kobiet niższych kryteriów sprawności fizycznej. W szkole łagodniej ocenia się je na Wychowaniu fizycznym oraz Przysposobieniu obronnym, zawyżając im średnią. Muszą spełnić niższe wymagania w trakcie egzaminów do służb mundurowych. Później przestępcy, których gonią, specjalnie dla nich zwalniają, a bandyci, do których strzelają, nieruchomieją specjalnie dla nich. W zawodach sportowych startują oddzielnie i radzą sobie gorzej. Ale zdobywają nagrody, chociaż nie zdobyłyby ich, startując razem z mężczyznami. I inkasują kasę za rekordy kobiet dużo niższe niż ogólnie najlepsze wyniki. Również w szachach, choć miałoby nie być różnic w typie ani poziomie inteligencji między kobietami a mężczyznami. W takim razie może feministki powinny wywrzeć presję na prezydenta MKOL-u Jacques-a Rogge i przywódców innych organizacji sportowych tak, jak wywarły na rektora Harwardu, który stwierdził, że między kobietami a mężczyznami istnieje różnica w rodzaju inteligencji i padły na niego z tego powodu represje do wyrzucenia z uczelni włącznie.
Szczególnie drażniącym przykładem dyskryminacji są zniżki lub wjazdy za friko dla kobiet do nocnych lokali lub po prostu przepuszczanie ich tam bez płacenia, oraz konkursy radiowe tylko dla kobiet i inne tego typu prezenty jedynie dla nich.
Dalszych przykładów gorszego traktowania mężczyzn istnieje jeszcze bardzo wiele. Najważniejszymi z nich są. Po pierwsze, relacje w jakich znajdują się partnerzy w związkach, gdzie mężczyzna od samego początku stara się o kobietę, wykazuje swoje zainteresowanie, kupuje prezenty, a kobieta robi coś zupełnie przeciwnego. A jeśli te jego starania, przy braku choćby porównywalnych z jej strony, uzna za zbyt małe, wtedy nie tylko odejdzie, lecz zostanie uznana za skrzywdzoną i zaniedbywaną. Na kpinę zakrawa fakt, że po takich upokarzających staraniach ze strony mężczyzny uważa się jeszcze, iż to on powinien postarać się o to by jaj było dobrze w łóżku. Po drugie, mężczyźni mają znacznie większa szansę padać ofiarą przemocy niż kobiety, i to już od najmłodszych lat. Tymczasem największy problem dotyczący przemocy w tym kraju robi się z bicia kobiet. Po trzecie, jeżeli prawdą jest (co zakładam w całym artykule), że nie ma naturalnych różnic między mężczyznami a kobietami, to należałoby coś zrobić ze znaczącą przewagą ilości mężczyzn nad ilością kobiet w więzieniach. Jeżeli natomiast ktoś doszukiwałby się winy za teki stan rzeczy we wrodzonych mężczyznom charakterach, czemu cenzurowana jest możliwość doszukiwania w takich przyczynach powodów lepszej sytuacji mężczyzn na rynku pracy czy w polityce. Wszystkie z wymienionych tutaj przykładów dyskryminacji mężczyzn wymieniam w innych miejscach.
Jak widać feministki nie walczą o równe prawa kobiet i mężczyzn lecz o równe prawa kobiet z mężczyznami. I trudno im się dziwić, bo z jakiej racji dyskryminowana grupa miałaby się martwić dyskryminującymi. To tak, jakby Armia Czerwona przejmowała się losem zbrodniarzy nazistowskich. Feministki jednak nie biorą pod uwagę tego, że nierówności są skutkiem wielowiekowej tradycji utrzymującej istnienie społeczeństwa dzięki podziałowi obowiązków i praw zróżnicowanemu jakościowo ale równemu ilościowo. Więc pozbawienie jednej strony obowiązków posiadanych tylko przez nią a nabycie przez nią praw posiadanych tylko przez drugą stronę jest dyskryminujące. Zatem feministki wbrew feminizmowi nie są grupą walczącą ani o równe prawa mężczyzn i kobiet ani o prawa kobiet ale o kobiet interesy.
Jest to przyczyną wyrachowania całego ruchu. Nigdy nie spotkałem się z feministką będącą przeciwniczką prawa do aborcji. Mimo że jest to prawo słuszne, to zdania na ten temat w polskim społeczeństwie są podzielone, więc również ich przekonania powinny być takie. Opinie w takich sprawach nie są one zależne od rzeczywistości ale od różnych ścieżek argumentacji, które znalazły się w biografii danej osoby. Zatem zdanie feministek świadczy o ich egoistycznej motywacji. Swoją drogą jeżeli płód nie byłby człowiekiem, to jeżeli zgodnie z opiniami feministek byłby on częścią ciała kobiety (co jest poglądem nie tyle ideologicznym –ideologie są dowolne-, co antynaukowym: każdy biolog przyzna, że płód należy do naszego gatunku i nie jest żadną naroślą), i ma ona prawo o nim jako o części swego ciała decydować, to z jakiej racji pojawiają się żądania od mężczyzn alimentów na dziecko. Skoro są oni odpowiedzialni (i to tylko współ) za powstanie jedynie płodu, gdy tymczasem decyzję o tym, czy płód przekształci się w dziecko, podejmują kobiety, decydując o przeprowadzeniu bądź zaniechaniu aborcji.
Popularność feminizmu należy przypisać znowuż wpływowi kultury, gdyż nakazuje ona delikatne traktowanie kobiet. Przestrzeganie tej normy uniemożliwia walkę z feministkami. Dlatego manifom nie grozi takie samo niebezpieczeństwo ze strony Młodzieży Wszechpolskiej co paradom równości. Ale norma ta uniemożliwia również przeciwstawianie się feministkom i polemizowanie z nimi.
Na koniec chciałbym dodać moje zdanie na temat równości ludzi. Jak napisałem we wstępie, uważam, że wszyscy przedstawiciele naszego gatunku powinni mieć pod każdym społecznym, prawnym, religijnym oraz zwyczajowym i obyczajowym- względem takie same prawa oraz obowiązki. Uważam także, że lepiej jest, aby prawa i obowiązki ludzie mieli takie same niż ze względu na przynależność do jakiejś grupy zróżnicowane, nawet gdyby zróżnicowane miały być tylko jakościowo a równe ilościowo. Uważam tak, mimo iż redukowanie takiego zróżnicowania w kierunku takiej równości jest jeszcze bardziej niesprawiedliwe, jeśli polega na niwelowaniu dyskryminowania tylko jednej ze stron. Lepiej jest, żeby ludzie sami urzeczywistniali swój los, niż, żeby go im ktokolwiek w jakikolwiek sposób wyznaczał. Co nie oznacza, że nie urzeczywistnią go w taki bądź podobny sposób, jaki zostałby im wyznaczony. Z cechami dla różnych grup ludzi konstytutywnymi mogą korelować, nawet całkowicie, jakieś cechy dla tych grup przygodne, różnicując ich sytuacje. Ważne jednak, aby o ile takie cechy istnieją, owo zróżnicowanie sytuacji wynikało z tych cech a nie z działań celowych, w tym wynikających z urojenia sobie takich cech[5]. Nawet jeśli takie cechy nie istnieją, to istnieją cechy konstytutywne dla różnych grup ludzi, i te cechy konstytutywne i tak zróżnicują sytuacje tych grup. Również prawa i obowiązki tych cech konstytutywnych dotyczące z oczywistej przyczyny nie mogą być takie same dla tych grup, więc dyskryminacji z ich powodu niepotępiam.


Redaktor: Adam Hajduk www.maskulizm.pl